sobota, 22 września 2012

Wszystko ma swój początek...

 Cześć. To mój pierwszy blog i pierwszy post. Może zacznę od tego, że od kiedy pamiętam Dragonball był dla mnie czymś niezwykłym. Do oglądania zachęcił mnie brat. Tamto pokolenie żyło przyjaciółmi, podwórkowymi zabawami i właśnie Dragonball'em. Odcinki leciały zawsze około 15, zawsze wtedy, kiedy mój brat wracał ze szkoły. Siadaliśmy i oglądaliśmy tę wspaniałą historię. Teraz sama mam 16 lat i chętnie powracam do oglądania. Pewnego dnia wpadłam na pomysł, żeby napisać rozdział o Vegecie i Bulmie. Tymbardziej, że Vegeta to mój ulubiony bohater. Napisałam ten rozdział i pokazałam przyjaciółce. Ku mojemu zdziwieniu spodobało jej się, chociaż nigdy nie oglądała tego anime. Jestem ciekawa jak wy zareagujecie na tego typu początek. Ostrzegam, że miejscami nie będe trzymała się fabuły Dragonball'a na potrzeby tego opowiadania. Zapraszam do czytania :D

Rozdział I. Spóźnienie.


Gdzie jest ten Yamcha? Powinien już tu być. Za chwilę mamy odlot samolotem, a on jak zwykle się spóźnia. Gdyby nie to, że tak długo jesteśmy razem, dawno zerwałabym z nim. Co ja mówię? Przecież go kocham. Nie mogę go tak zostawić. 
- Już jestem. Długo czekałaś?- w końcu przyszedł. W dodatku te głupie pytania. Żałosne.
- Tylko 20 min. Normalka - odpowiedziałam po czym weszłam do samolotu i usiadłam za sterami. Zapięłam pasy.
- Zapnij pasy - powiedziałam.
- Nie muszę, przecież jestem wojown...
- Zapnij pasy bo inaczej nie polecimy.
- No dobra, jak chcesz. - rzucił i zrobił to, co mu poleciłam. Pewnie już zauważył, że nie jestem w humorze. Wcisnęłam guzik kontrolny, kilka guzików prędkości, wyłączyłam hamulce, które natychmiastowo odblokowały koła.
- No to ruszamy. Już nie mogę się doczekać.- powiedziałam i uśmiechnęłam się. Yamcha tylko się skrzywił, bo wiedział, że nie był do szczery uśmiech. No cóż, na nic lepszego nie mogłam się zdobyć. W drodze na pustkowie, gdzie miał przylecieć Songo nie rozmawialiśmy zbytnio. W dodatku ta cała historia z Freezerem. Wciąż nie mogłam uwierzyć, że nadal żyje. Dzisiaj miał przylecieć na ziemię, żeby się zemścić. Yamcha był zły na mnie o to, że jestem nazbyt opiekuńcza wobec Vegety. Książę Saiyan. Przystojny, silny,  niezwykle tajemniczy. Tylko zastanawia mnie jedno... Dlaczego o nim myślę?! Przestań Bulma, przestań. Chyba nie muszę znowu przypomninać sobie, że jestem z Yamchą? Po jakiejś godzinie wylądowaliśmy. Wszyscy już byli. Krilan, Songokan, Tenshinhan, Chaoz, Szatan Serduszko i Vegeta... PLASK! Wymierzyłam sobie siarczysty policzek za karę. Spojrzałam się w stronę Yamchy. Patrzył się na mnie zdziwiony, a jego oczy pytały : co ci jest do cholery? Zamyślił się po czym machnął ręką i wysiadł. Kolejny ma mnie za wariatkę. Nie fajnie. Wyłączyłam pojazd i wysiadłam. Mam na sobie tę czerwoną sukienkę w paski, poza tym moje włosy są nienagannie podkręcone i... Westchnęłam. Nie pozbędę się tych myśli. Z każdym kolejnym krokiem byłam coraz bliżej kompromitacji. Czułam to. Palnę coś głupiego i spalę ze wstydu. Nic bardziej pocieszającego. Yamcha rozmawiał z Tenshinhanem, a Songokan z Krilanem. Szatan Serduszko medytował w cieniu "drzewa". Żeby chociaż były na nim liście. Każdy kto nie znał Szatana, pomyślałby, że śpi, ale wiadomo jest, że koncentrował swoją siłę trenując przy tym swoją wytrwałość. Ach ci wojownicy. Nic innego im w głowie. Omiotłam wszystkich wzrokiem. Coś było nie tak. Gdzie się podział Vegeta? Ach tak. Jak zawsze zdala od wszystkich siedzi dumnie na kamieniu. Prawie jak książę. Mam na myśli prawie, bo śmiesznie wyglądał w tych żółtych spodniach i różowej koszuli z napisem BAD MAN na plecach. Dałam mu taki zestaw jakiś czas temu. 
- Cześć chłopacy! - przywitałam się i podeszłam najpierw do Songokana.
- Dzieńdobry Bulmo. - odparł  mały, a ja w tym samym czasie poczochrałam mu czuprynę. Saiyanie mieli niesamowite włosy. W prawdzie syn Songa był pół- saiyaninem, bo jego matka jest ziemianką, ale na pierwszy rzut oka przypominał on bardziej ojca niż matkę. Chi- chi nie byłaby z tego zadowolona. 
- Pewnie nie możesz się doczekać powrotu ojca. Nie przejmuj się, my także.
- Czekałem na to bardzo długo. Ztęskniłem się... - Songokan spuścił głowę i zarumienił się. W tej samej chwili Vegeta wyraził swoje poirytowanie w postaci dosadnego chrząknięcia. Zrobił to dlatego, bo uważał, że wojownik nie powinien przywiązywać się do żadnej istoty. Nie potrafię sobie wyobrazić, że syn nie miałby tęsknić za ojcem. Ale Vegeta to całkiem inny typ. Przyglądałam mu się ukradkiem do czasu kiedy wrzasnął : 
- Co się na mnie tak gapisz?! - chciałam przeprosić, ale niesamowita złość wezbrała we mnie i odpowiedziałam: 
- A co, książę Saiyan nie życzy sobie, żeby ziemianka na niego patrzała?!
- Hmpf... - odsapnął z tym jakże książęcym poirytowaniem. Byłam tak zajęta udawaniem obrażonej, że nie zauwarzyłam ogólnego poruszenia wśród zgromadzonych. 
- Co się stało? - zapytałam.
- Coś się tu zbliża. - odparł Yamcha.
- To statek kosmiczny. - poprawił go Szatan Serduszko. Niewiarygodnie szybko przemieścił się spod drzewa i stanął obok nas. Nie powiem, przestraszył mnie. Spojrzałam w górę. Nie widziałam nic specjalnego. Zerknęłam na przyjaciół. Na ich twarzach malował się niepokój. Obserwowali to coś a ich wzrok przemieszczał się coraz szybciej na wzgórze oddalone jakiś kilometr od nas. 

2 komentarze: